sobota, 24 czerwca 2017

Jak zrobić domowe krówki ciągutki?



   Te cukierki każdy z nas doskonale zna i pamięta z dzieciństwa, nie uwierzę że jest osoba, która nigdy ich nie jadła :) wielu z nas ma do nich słabość do tej pory... na przykład ja :)
   Jest też wiele osób, które nie mają bladego pojęcia, jak zrobić te maleństwa samodzielnie i kupują je w sklepie, niepotrzebnie dopłacając za konserwanty i inne cuda-wianki w składzie. Otóż zrobienie takich krówek jest dziecinnie proste. Wymaga tylko odrobinę cierpliwości i uwagi w pilnowaniu cukru podczas topienia go na karmel.



   No właśnie, cukru... tego paskudnego, okropnego cukru, który to uparcie, starannie i regularnie usiłują obrzydzić nam dietetycy i inni specjaliści od zdrowego żywienia, podtykając nam jakieś ksylitole, erytrole (chyba tak się to pisze) i inne takie. Jakby cukier był jakąś trucizną... No jasne, że w zbyt dużych ilościach szkodzi, ale tak samo szkodzi wszystko. Nawet po ksylitolu w zbyt dużej ilości można dostać sr... eee... biegunki, bądźmy kulturalni ;) Choć sama nie jestem osobą, która namiętnie wszystko (i wszystkim) słodzi, nie dam się zwariować tej antycukrowej propagandzie. Nie mówię że ksylitol, erytrol (Jezzzu, co za nazwa...) są złe, bo nie są. Jeśli ktoś ze względów zdrowotnych nie może sobie pozwolić na używanie cukru, wiadomo, że będzie szukał zamienników. Nie oszukujmy się, każdy chyba czasami ma chęć na coś słodkiego. Ja na pewno nie dam sobie wmówić, że jeśli nie wywalę mąki pszennej i cukru, jajek, nie zastąpię ich bezglutenową mąką i innym słodzidłem a jajek Bóg wie czym, to umrę natychmiast :) Choć nie wykluczam, że na moim blogu pojawi się kiedyś coś wegańskiego, bo mimo wszystko jest to ciekawa kuchnia. Dużo ciekawostek, artykułów i fajnych informacji na temat cukru znajdziecie na stronie uczymyjakslodzic.pl.
   Bo to miał być post o robieniu krówek, a nie moje wywody i porównania cukru z innymi wyrobami ;)

   Przygotuj:
-  3 szklanki cukru Polski Cukier
-  1,5 szklanki śmietanki 30 - 36%
-  120-130g masła


   Na patelnię o grubym dnie (lub dużego, wysokiego garnka o grubym dnie - to bardziej polecam osobom, które pierwszy raz się za to biorą, bo później masa zacznie nam buzować, co jest trudniejsze do opanowania na patelni) wysypujemy cukier. Potrząsamy patelnią/garnkiem, w czym tam akurat robimy, żeby cukier rozprowadzić w miarę równą, cienką warstwą po całym dnie. Stawiamy patelnię na małym ogniu. Topienie cukru trochę trwa, ale trzeba czuwać, bo jak już się zacznie, topi się szybko i bardzo łatwo jest spalić karmel. W międzyczasie topimy masło (choć są zwolennicy wrzucania niestopionego, więc róbta jak chceta) i podgrzewamy śmietankę. Ma być gorąca, ale nie zagotowujemy jej.

   Kiedy cukier zamieni się w karmel, dolewamy do niego gorącą śmietankę. Ale stopniowo, bo zacznie buzować, i to dość gwałtownie, więc lejemy po trochę, żeby jako tako zrównać temperaturę. Dlaczego? Śmietanka będzie gorąca, mając temperaturę o wiele niższą, niż skarmelizowany cukier. Gdybyśmy wlali naraz całą śmietankę, istnieje spore ryzyko, że zrobi się glut. Przez podgrzanie i stopniowe dolewanie minimalizujemy to ryzyko. Kiedy masa się wyszaleje (dlatego nie zrobiłam zdjęcia, moja to nie wyjątek, też szalała ;)), dolewamy masło (lub wrzucamy w całości), tu szaleć nie powinno.
   Teraz przyszła kolejna szansa na wykazanie się cierpliwością: stoimy nad patelnią i cały czas mieszamy masę (bo też łatwo można przypalić i szlag trafi nasze domowe krówki, nas przy okazji pewnie też ;)) do chwili, aż zgęstnieje. Chodzi o to, by po przejechaniu łyżką, łopatką czy czym tam mieszamy, po dnie patelni została w tym miejscu wolno znikająca ścieżka. Dla pewności sprawdźmy na talerzyku: upuśćmy na niego kroplę masy i jeśli niemal natychmiast zastygnie, możemy już zdjąć patelnię z ognia.

   Masę przelewamy do wysmarowanej masłem małej keksówki i odstawiamy do wystygnięcia. Najlepiej na całą noc do lodówki.








   Zastygniętą masę wyjmujemy z formy na deskę. Jeśli nie chce wyjść po dobroci, wstawmy na chwilę formę do gorącej wody, Wtedy wyskoczy bez problemu.
   Kroimy na mniejsze części nożem zmoczonym w gorącej wodzie (próbowałam zmoczonym w zimnej, ale nie będę się wyrażać, jak przebiegało krojenie ;)).
   Przechowujemy w lodówce, popakowane w papierki (do pieczenia np. ;)).
   Przypominam tylko, że nie są to mordoklejki, tylko ciągutki, są miękkie, delikatne, fajnie się ciągną i rozpływają w ustach :)






Smacznego!!!!